Opinie |

Olga Drenda | Nasze rzeczy: Reklamówka08.10.2018

fot. Jadwiga Janowska

Zwracam uwagę na rzeczy – zwyczajne przedmioty, których używamy i które nas otaczają. Zmienia się nasze podejście do nich i to, jak je traktujemy, czasem niepostrzeżenie znikają, a czasami powracają w nowej roli albo scenerii. Z pojedynczej rzeczy można wiele wywróżyć – i powiedzieć wiele o naszym życiu, tak, jakby mógł zrobić to archeolog z przyszłości albo kosmici, którzy przybyli na ziemię.

Znalazłam jakiś czas temu w lesie – zbierając śmieci przy okazji spaceru, chyba lepiej idzie mi z nimi niż z grzybami – prastarą reklamówkę z „promienistym” znakiem Domów Towarowych Centrum. W środku liście. Kiedy minęła złość na to, że ktoś był tak mądry, żeby wyrzucać liście razem z torbą, zaczęłam się zastanawiać nad życiorysem samej reklamówki. Czy leży tam od czasów „Zulu-Guli”, czy ktoś wyrzucił ją po latach, wcześniej na śmierć zużywszy?

Wszechobecność i łatwa zbywalność plastikowych siatek, pakowanie pojedynczych owoców i warzyw w folię, uciążliwy nadmiar niepotrzebnych tworzyw – to przecież dokuczliwy, ale względnie niedawny element naszej rzeczywistości. Jeszcze kilkanaście lat temu, może nawet mniej, reklamówkę szanowano. Kupowano specjalnie, myto i suszono, składano, używano wiele razy, aż uśmiechniętej dziewczynce z nadrukowanej fotografii spierały się oczy i zęby.

Kilkadziesiąt lat temu noszono siatki ze sznurka lub żyłki, takie, jakie teraz nazywa się czasem w internecie „paryżanką” (aby, jak mawiają ludzie reklamy, było „bardziej premium”), a w jakich niegdyś noszono jabłka, herbatę „Madras” i cukier „Biały kryształ”. Choć stały się jednym z emblematów życia codziennego w Bloku Wschodnim, to patent jeszcze przedwojenny, czechosłowacki. Czasami szyto je z syntetyku i dorabiano uchwyty z tworzywa. Rozciągliwe i poręczne, prawie niezniszczalne, towarzyszące przemęczonej „kobiecie z siatami”. Na tyle symboliczne, że Muzeum Narodowe w Krakowie przechowuje jedną w swojej kolekcji. PRL-owski handel powszechny preferował pakowanie zakupów w papier, zwrot opakowań szklanych; gospodarka częstych niedoborów z oczywistych przyczyn była przyjazna recyklingowi. Plastikowe torby otrzymywał klient specjalny, zazwyczaj w Peweksie. Nosiły napis PEWEX i charakterystycznego motylka, albo na przykład LEGO, i symbolizowały wysoki status kupującego. Wtedy zresztą jeszcze plastik kojarzył się wciąż jeszcze z czymś czystym, nowoczesnym, higienicznym; gdy zajrzymy do popularyzatorskich książek z lat 60., znajdziemy tam wizje łatwych do utrzymania w czystości plastikowych domów. Perspektywa zaśmieconych gleb i wód leżała jeszcze daleko poza horyzontem wyobraźni.

Śląski fotograf Andrzej Grygiel zrobił w 1991 r. zdjęcie sprzedawczyń rozmaitego drobiazgu na katowickim rynku, pod szyldem anonsującym „rozkręcanie biznesu”. Wśród pożądanych dóbr poczesne miejsce zajmowały reklamówki importowane z Niemiec. Na fotografii noszą je sprzedawczynie i klienci; łatwo rozpoznać – są lśniące, zadrukowane w logo supermarketów, których u nas jeszcze nie ma (sama zasłyszałam mniej więcej w tamtym czasie rozmowę o tym, czy lepiej nosić siatkę z napisem BILLA, czy ALDI). Potem pojawiły się kolejne: te z napisem „Colours”, z bukietem kwiatów, wreszcie tę najsłynniejszą, czarną z napisem BOSS. Te ostatnie wciąż trzymają się mocno, kilka lat temu powstał o nich głośny reportaż („One są takie, że nie do zniszczenia. Ani tego spalić, ani nie zgnije. Niektórzy jak upiorą, to i to wytrzyma”, polecała jedna z rozmówczyń). Gdy pojawiły się sieciowe sklepy z ubraniami, reklamówki z ich logo nosiły studentki-miłośniczki minitorebeczek w ramach stylowego i praktycznego akcesorium, gdy plecaki stały się niemodne. W małej torebce pieniądze i telefon, w siatce – kserówki. Pod zlewozmywakami w licznych polskich domach znalazło się też miejsce na reklamówkę pełną innych reklamówek, na wszelki wypadek („na ile polski jest twój dom”, pyta mem autorstwa Rynn; zachomikowane reklamówki to jeden z punktów testu – odhaczyłam).

Ale też obraz dzisiejszych czasów to cienka foliówka tańcząca na wietrze. Liście spakowane w reklamówkę, siatka zapakowana w inną siatkę, każde warzywo w sklepie w osobnym darmowym woreczku. Warstwy śmieci. Foliowe dywany z podartych siatek wywianych ze śmietników. Poradniki podsuwające pomysły na radzenie sobie z nadmiarem tworzywa sztucznego: reklamówki upleść i zrobić z nich ozdobny koszyczek; z butelek typu PET skonstruować ogrodową ozdobę-świnkę. Przestrogi na reklamówkach: „korzystaj z tej torby wielokrotnie”. Śmieciowe szaleństwo, które nas tymczasowo dotknęło, przypominało rodzaj karnawału („koniec postu, czas na żer”, jak śpiewał nieco zapomniany już zespół kabaretowy Trzeci Oddech Kaczuchy), w którym konsumowaliśmy i wyrzucaliśmy, bo nie trzeba już było oszczędzać rzeczy, kombinować, załatwiać, przedmioty były w zasięgu ręki – oczywiście przede wszystkim dla tych, których było stać. Kto jednak mógł pozwolić sobie na zbytek, korzystał z niego; możliwe, że dla niektórych bywał to jedyny luksus – nie musieć chomikować, choćby na chwilę.

Wreszcie przyszła opłata za foliówki. Symboliczna, ale widocznie znacząca, bo zmianę widać na naszych oczach: sklepy wydają ich mniej lub zamieniają na papier. Konsumenci, jak głoszą statystyki, też sięgają po nie trochę rzadziej. Skoro jednak o papierze mowa, to ten szlachetniejszy (bo bardziej naturalny) materiał zastąpił plastik w obiegu prestiżu z drugiej ręki; papierowe torby z logo znanych marek można bowiem kupić, i to za całkiem wysoką cenę, na portalach aukcyjnych.

000 Reakcji
/ @ducholozka

Autorka książek "Duchologia polska", "Wyroby" i "Czyje jest nasze życie" (wspólnie z Bartłomiejem Dobroczyńskim), dziennikarka, tłumaczka. Prowadzi stronę facebook.com/duchologia.

zobacz także

zobacz playlisty