Opinie | Łukasz Orbitowski

Łukasz Orbitowski | Dworzec autobusowy w Katowicach nocą, czyli życie31.01.2019

ilustracja i animacja: flacoux

Ta przygoda zaczyna się dobrze. Zaczyna się od buteleczki Starej Myśliwieckiej, którą kupiłem sobie przed wyjazdem z Pragi. Miałem resztówkę koron, z którymi nie wiedziałem co zrobić. Poszły na tę buteleczkę, dwieście mililitrów. Rzecz nie w moim stylu, bo nigdy nie kupuję tzw. „małpek”. Władowałem ją do plecaka i natychmiast o tym zapomniałem.

Jestem artystą, lecz nie odczuwam dumy z tego powodu. Co gorsza, należę do artystów docenionych, którzy mają szczęście żyć ze swojej sztuki. Takim to dopiero przewraca się w głowie!

Mam mocne przekonanie, że my, artyści, jesteśmy gorsi od innych ludzi. Głupsi, lecz przekonani o własnej mądrości. Boleśnie zwyczajni, a zarazem aroganccy do tego stopnia, że uważamy się za depozytariuszy jedynej możliwej prawdy. Narcystyczni, słabi, przejęci sobą i kompletnie nieświadomi własnych ograniczeń intelektualnych. 

Z tego powodu uważam, że każdy artysta powinien zbierać regularny łomot od rzeczywistości. Cytując Janusza Christę: przywróciłoby mu to świadomość klasową. Być może nawet Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego powinno wyasygnować środki na lotne komanda. Co ludzie, ubrani w mundury z Procesu Kafki wywlekaliby pisarzy, malarzy i reżyserki z łóżek, wieźli w środek lasu i zostawiali tam samych bez butów i telefonów komórkowych. Niech szukają drogi do domu.

Mój zawód, zawód pisarza ma wiele przykrych aspektów i jeden drobiazg, który je wszystkie znosi. Największym moim szczęściem jest poznawanie nowych miejsc i ludzi, a także doświadczanie bezinteresownej życzliwości.

Rzucam takie myśli celem wprowadzenia własnego, niewesołego przecież losu. Zaczęło się przepięknie, mianowicie włóczyłem się po Śląsku. Najpierw udałem się do Tarnowskich Gór, gdyż jakiś dziwny człowiek zamówił u mnie opowiadanie o tym mieście. Nigdy wcześniej tam nie byłem. Mój zawód, zawód pisarza ma wiele przykrych aspektów i jeden drobiazg, który je wszystkie znosi. Największym moim szczęściem jest poznawanie nowych miejsc i ludzi, a także doświadczanie bezinteresownej życzliwości. Zobaczyłem piękne, śląskie miasteczko, zwiedziłem zabytkową kopalnię srebra i porozmawiałem z prawdziwym pasjonatem regionu i literatury. Do tego zżarłem roladę, kluski śląskie i prawdziwy rosół. Na krzywy ryj, przecież artystą jestem. 

Potem pojechałem do Katowic na parę kieliszków z kumplem. Posiedzieliśmy, pomówiliśmy o sprawach wesołych a nade wszystko smutnych i koło dziesiątej zabrałem się na autobus. Dodam, że byłem umiarkowanie wstawiony.

Katowicki dworzec autobusowy wygląda jak plac rozstrzelań z dobudowaną psiarnią. Naprawdę, brakowało koksowników. Lodowaty wiatr podrywał śnieżne pióropusze. Wedle rozkładu powrót miałem jakoś po dziesiątej wieczorem. Autokar nie przyjechał. Następny miał przyjechać trzy godziny później, ale on również się nie stawił, co oznaczało powrót do Krakowa o świcie. Stałem na zimnym placu i zastanawiałem się co dalej. Taksówkarz chciał pięć stówek. Uber niewiele mniej. Mogłem pójść do hotelu. To rozwiązanie wydawało się najsensowniejsze, tylko co powiedziałbym mojej dziewczynie? Kobiety raczej się nie cieszą gdy facet nagle oznajmia, że wróci jutro i zamawia sobie hotel. Trzy zamówione blablacary jakoś nie dojechały, co skłoniło mnie do intensywnych rozmyślań o pechu.

W dawnych czasach oczywiście nocowałem na dworcach; młodość przeminęła, za to tężał mróz. Włóczyłem się po tych Katowicach, między dworcem autobusowym i kolejowym. Zjadłem kolację w McDonald’s i siedziałem tam, aż mnie wywalili. Zamówiłem herbatę w dworcowej knajpie i doładowałem tam telefon, na krótko, bo pani zaraz zapowiedziała, że muszę wychodzić. Porozmawiałem z pasażerami oczekującymi na połączenia do Berlina i Świnoujścia, podzieliłem się resztką papierosów z menelami i zastanawiałem się czy przypadkiem nie nastała wojna, która odcięła Katowice od świata. Był we mnie spokój, żadnej złości. 

Parę kieliszków, wypitych pięć godzin wcześniej dawno uwolniło się z mojego nieszczęśliwego ciała. Byłem trzeźwy, co nie ma żadnego znaczenia, bo zawsze wyglądam na pijanego.

Widziałem ludzi, o których świat nie pamięta. Mowa o pijaczkach, czekających świtu w umiarkowanym cieple dworcowej poczekalni, o Ukraińcach kierujących się na Przemyśl, o zagubionej dziewczynie w dresie, z plecakiem większym o niej samej, która paliła papierosa za papierosem i wyglądała kursu na Berlin. 

W końcu przyjechał autobus. Była trzecia nad ranem. Kierowca powiedział, że mnie nie wpuści. Parę kieliszków, wypitych pięć godzin wcześniej dawno uwolniło się z mojego nieszczęśliwego ciała. Byłem trzeźwy, co nie ma żadnego znaczenia, bo zawsze wyglądam na pijanego. Przez całą tę noc ktoś mnie skądś wyrzucał, bądź nie chciał wpuścić, więc to zrządzenie losu przyjąłem z pokorą. Powiedziałem tylko, że przecież mam pieniądze i chcę zapłacić za bilet. Kierowca odparł, że to nie ma żadnego znaczenia, bo zakupy są możliwe tylko przez jakąś pieprzoną aplikację. Ta akurat nie chciała działać. Zapytałem tego faceta, kierowcy, czy zostawi mnie na dworcu, w środku nocy i zimy i pojedzie dalej. Otóż zostawi, tak mi rzekł. Inaczej straci robotę. Rozumiałem go doskonale, ale, szczękając zębami, znalazłem w sobie myśl, że aplikacje zastąpiły nam serca.

W końcu, jakimś cudem kupiłem ten nieszczęsny bilet i wsiadłem do autobusu, który oczywiście był całkiem pusty i wiózł powietrze przez noc. Zebrany łomot – sześć godzin na zimnie, wypychanie z najgorszych lokali gastronomicznych, garowanie na dworcu i tym podobne – odebrałem w kategoriach doświadczenia pożytecznego i zasłużonego.

Postanowiłem podładować zdychający telefon i poszukałem kabla w plecaczku. Znalazłem jednak buteleczkę Starej Myśliwieckiej, jeszcze z Pragi, o której całkiem zdążyłem zapomnieć. Autobus ruszył. Odkorkowałem i sączyłem sobie przez całą drogę, ciesząc oczy widokiem stacji benzynowych. I właściwie nie wiem co mógłbym tutaj dopisać, poza tym, że tej nocy, na katowickim dworcu doświadczyłem życia w jego pięknej i wspaniałej całości. Takie właśnie ono jest, to życie: zimne, wstrętne i banalne jak katowicki dworzec autobusowy. Gdzieś nas nie wpuszczą. Skądś nas wyrzucą. Jesteśmy zwyczajni, podlegli bezrozumnym siłom, które miotają nami jak wiatr śniegiem. A na koniec dnia trafia się drobiazg, kruszyna, która sprawia, że chce jednak jechać przez tę wieczną noc. 

Cóż lepszego? Tak, życie jest dobre. 

000 Reakcji
Łukasz Orbitowski

Pisarz. Autor siedmiu powieści, m.in. „Inna dusza”, „Exodus”, „Tracę ciepło”. W roku 2016 otrzymał Paszport Polityki. Dwukrotnie nominowany do nagrody Nike, raz do nagrody Miasta Gdynia. Na antenie TV Kultura prowadzi program „Dezerterzy”. Wiecznie w podróży, gubi się między miastami. Przez przyjaciół zwany Potworem. (fot.Aga Krysiuk)

zobacz także

zobacz playlisty