Opinie | Olga Drenda

Olga Drenda | Nasze rzeczy:
Latarka, grzałka, królik30.10.2018

fot. Jadwiga Janowska

Kupiłam na targu staroci królika-łyżwiarza produkcji radzieckiej. Wykonany został z tworzywa sztucznego w epoce, w której wierzono jeszcze, że przyszłość należy do plastiku – w końcu w latach 60. w Leningradzie postawiono nawet eksperymentalny plastikowy dom, w Warszawie w 1957 r. wystawę o tworzywach odwiedziło kilkadziesiąt tysięcy osób, a FSO opracowało prototyp samochodu Syrena wyposażonego w laminatowe nadwozie. Zabawka zwróciła moją uwagę nie tylko samą swoją króliczą postacią, ale również kolorami. Królik właściwy ma barwę jednolitą  – czerwoną, ale nie taką, jak radziecka flaga, tylko zbliżoną do pomarańczowego. Według rozpiski na opakowaniu farb plakatówek, ten odcień czerwieni to cynober. Łyżwy są natomiast niebieskie, ale to niebieski specjalny, polimerowy.

Oczywiście patrzę na to wszystko przez pryzmat mojej własnej pamięci; to, dlatego kolor królika uruchamia kaskadę kolejnych „okienek”, związanych z pewnym miejscem i czasem. Szeroko pisze o tym historyk Michel Pastoureau, który specjalizuje się w kulturowej historii barw i wzorów. W książce The colours of our memories analizuje to, jak nasza pamięć buduje skojarzenie z kolorem – i jak na samej barwie nadbudowuje się znaczenie. I tak, gdy myślę o dobrach codziennego użytku z NRD, widzę paletę brązów i żółcieni, mdły odcień koglu-moglu na karoserii wartburga, powierzchnie pokryte sprelacartem. PRL to tworzywa sztuczne wyrobu drobnych warsztatów prywatnych, często w marmurkowy deseń, charakterystyczny dla plastiku z odzysku; ale też odcienie papuzie, flamastrowe, cały drobiazg kioskowy. Choć prasowe reklamy spółdzielni pracy zachwalały pojemniki na jajka i dzbanki w jednolitych i umiarkowanych barwach, polskie tworzywa były brokatowymi jednorożcami w zachowawczym widmie barwnym bloku wschodniego, (osobliwie pasujące do dzisiejszych upodobań). Czechosłowacja to z kolei czyste i mocne barwy podstawowe. Za to cynober i zgaszona biel kofewarki-minutki (kubka z grzałką) albo rozkładanego kubeczka turystycznego, niebieskozielona oprawa kanciastej latarki, jasny błękit zapalarki do gazu i wszystkie te przykurzone pastele 1001 drobiazgów, kojarzą się nieodłącznie z nabytkami z targu – pozyskanymi głównie od obywateli dawnego ZSRR, którzy po upadku mocarstwa przyjeżdżali do Polski. 

Zwłaszcza początek lat 90. to epoka targowa; mały handel wylewał się poza ustalone place bazarowe, zajmując poboczne ulice i całe chodniki oraz oszałamiając obfitością dóbr. Do dzisiaj trwa dyskusja wśród dawnych klientów, czy na targach można było kupić też broń („chciałem wiertarkę, zaoferowali mi kałasznikowa”–  twierdzi użytkownik forum), czy to tylko efektowna legenda miejska, która świetnie pasuje do klimatu czasu wielkiego chaosu i mafijnych porachunków. Na pewno jednak to tu przychodziło się po dobra „gospodarki równoległej”, czyli pirackie kasety, gry komputerowe i komiksy; to jednak ta górna warstwa pamięci, popkultura, wszystkich najbardziej ekscytuje i wzrusza. Podobnie jak moda – dresy, buty sportowe, swetry, tak zwane tureckie. Ciekawi mnie również to, co „przezroczyste” i mało pasjonujące na pierwszy rzut oka: przedmioty albo bardzo praktyczne, albo właściwie zbędne, lecz pomysłowe. Takie były dobra małego AGD i gadżety z ZSRR. Mimo popularności kawału „– co to jest: nie świeci i nie mieści się w dupie? – Radziecka latarka do świecenia w dupie”, wspomniane latarki czy wiertarki na korbkę cieszyły się długim życiem i chwalone były za niezawodność. Ich zaletą z pewnością była łatwa naprawialność i absurdalnie niski próg wejścia – niemal każdą usterkę dawało się naprawić przy pomocy taśmy klejącej. Pozwalały one wierzyć, że technika i wynalazczość to naprawdę prosta sprawa. 

Amerykański historyk Eli Rubin w swojej poświęconej tworzywom sztucznym NRD książce Synthetic Socialism, wyjaśnia motywacje rządzące wówczas estetyką. Oparte na zasadach funkcjonalizmu i Sparsamkeit (oszczędności) projektowanie przy użyciu tworzyw sztucznych miało wystrzegać się kiczu, czyli nadmiarowości, zbytku i „amerykańskiego” konsumeryzmu. Dlatego zabawek starano się nie produkować z plastiku, a z bardziej naturalnych materiałów; plastikowa zabawka była właśnie amerykańskim kiczem. Tworzono zgodnie z Marksowską zasadą „każdemu według jego potrzeb”, ale przy jednym zastrzeżeniu: potrzeby te musiały być praktyczne; tę regułę stosowano również w kolorystyce. Możemy przypuszczać, że podobnie wyglądała produkcja radzieckich latarek. Dlaczego miały właśnie takie kolory? Mechanizmy centralnego zarządzania gospodarką pomagają wyjaśnić wszechobecność danego barwnika do tworzyw, którego akurat było za dużo, więc dystrybuowano go najgęściej. Ale dlaczego właśnie ten króliczy cynober? Albo błękitny w odcieniu jajek rudzika?

000 Reakcji
Olga Drenda / @ducholozka

Autorka książek "Duchologia polska", "Wyroby" i "Czyje jest nasze życie" (wspólnie z Bartłomiejem Dobroczyńskim), dziennikarka, tłumaczka. Prowadzi stronę facebook.com/duchologia.

zobacz także

zobacz playlisty