Ludzie | Rafał Krause

Krystian Nowak: Doświadczenie porażki to doświadczenie pokoleniowe26.12.2018

fot. Jarek Kubicki

Zdelegalizować coaching i rozwój osobisty, Tak trzeba żyć, Patriota Mariusz, Smutne piosenki dla smutnych ludzi – okazuje się, że ze wszystkimi tymi popularnymi projektami na Facebooku (i jeszcze paroma innymi) związany jest jeden człowiek. Ze względu na to, że posiada łatwość gromadzenia lajków i zasięgów na wymyślanych przez siebie stronach można nazwać go „fanpejdżystą” – mimo tego, że niedawno dał się poznać jako autor książek i właśnie z tym wiąże swoje ambicje. W tym roku wydał już dwie znacznie się od siebie różniące powieści (Wszyscy ludzie, których znam, są chorzy psychicznie oraz thriller Ludzie Dobrej Woli), a obecnie jest w trakcie pisania reportażu. Pytamy go o to, czy da się żyć w Polsce z prowadzenia fanpejdży i jak działalność facebookowa wpływa na jego twórczość literacką.
 

Kim jest „fanpejdżysta”? Sam kiedyś określiłeś swoją działalność tym terminem.

Krystian Nowak: Ciężko znaleźć inne słowo na zawodowe zajmowanie się działalnością facebookową. Agencje oczywiście nazywają to różnie – Social Media Ninja, Social Media Executive. Ale skoro moja praca polega na robieniu nowych fanpejdży, wrzucaniu na nie treści i gromadzeniu tam fanów, to możesz mnie nazywać „fanpejdżystą” (śmiech).

Można ułożyć sobie życie w Polsce, zakładając fanpejdże na Facebooku?

Warto przy okazji zastanowić się, czym jest „fanpejdż”. Są strony na Fejsie, które publikują wpisy à la blog. Czy nazwiesz je fanpejdżami? Nie, to po prostu blogi funkcjonujące na Facebooku. To nie to samo, co udostępnianie niekoniecznie swoich obrazków i „śmieszkowego” kontentu. A czy da się z tego żyć? Nie jestem statystycznym Polakiem, lubię czytać książki ma na przykład obecnie ok. pół miliona fanów. Z tego co wiem, osoba prowadząca ten fanpejdż, mimo tego, że normalnie pracuje, cały wolny czas poświęca na tę stronę, która – nie jest to ani żaden zarzut, ani tajemnica – działa w dużej mierze komercyjnie, przyjmując pieniądze za zlecenia reklamowe od różnych wydawców. Natomiast nie wydaje mi się, żeby FP dawały tyle pieniędzy, aby można było zwolnić się z pracy, która jest źródłem utrzymania na co dzień. We wspomnianym przypadku może być to też specyfika branży – wydawcy książkowi w końcu nie płacą zbyt dużo za promocję. Drugą kwestią jest to, że jeżeli twój fanpejdż nie jest firmą, a ty będziesz przeginać ze zbyt dużą liczbą treści reklamowych, ludzie zaczną się od ciebie odwracać. Być może istnieje jednak strona na Facebooku dotycząca innej branży niż rynek książki – np. motoryzacji – która urosła oddolnie i bierze za promocję dużo większe pieniądze. Kilka lat temu poznałem dziewczynę – miała wtedy chyba z 15 lat – która stworzyła Suchar Codzienny – fanpejdż z bardzo dużą liczbą polubień. Tam też są treści reklamowe – nie wiem, czy ułożyła sobie dzięki nim życie, ale administrowanie taką stroną to dobra pozycja w CV, zwłaszcza gdy aplikuje się do agencji reklamowych. Inny przykład – Make Life Harder. Fanpejdż w formie śmieszkowego bloga prowadzony przez zdolnego i nagradzanego poetę Jakobe Mansztajna oraz Rafała Żabińskiego. Urósł do tego stopnia, że panowie dostali swój program online w Agorze i wydali dwie książki, które w dużej mierze są zbiorem ich działalności fanpejdżowej – de facto jej monetyzacją.  

Na rozmowach o pracę przedstawiałem swoje fanpejdże. Wówczas chętnie mnie zatrudniano, bo w pracy niekoniecznie liczy się tylko to, co profesjonalne. Ważne jest też wyczucie – moje strony udowadniały potencjalnemu pracodawcy, że rozumiem, jak działa internet.

A jak jest w twoim przypadku? Monetyzujesz swoje fanpejdże?

Zdelegalizować coaching i rozwój osobisty założyłem podczas pracy w agencji, ale nie dlatego, że ktoś mi kazał. Po prostu siedziałem za biurkiem, dostałem wkurwa i nagle rzuciłem pytanie: „Czy wszystkich w biurze denerwują coache?” Współpracownicy odpowiedzieli jednomyślnie, więc stworzyłem tę stronę. Kiedy zobaczyłem, że szybko uzbierała ponad 7 tys. polubień, stwierdziłem, że dotyka istotnego tematu. Potem, gdy zmieniałem pracę, na rozmowach – obok doświadczenia stricte zawodowego – przedstawiałem już swoje fanpejdże. Wówczas chętnie mnie zatrudniano, bo w pracy – np. agencyjnej – niekoniecznie liczy się tylko to, co profesjonalne. Ważne jest też wyczucie – moje strony udowadniały potencjalnemu pracodawcy, że rozumiem, jak działa internet. Czy monetyzuję? Owszem, zdarzało mi się brać pieniądze za reklamy, ale wtedy zawsze jasno informowałem o tym fanów danej strony. Takich sytuacji było jednak tylko kilka. Na pewno nie utrzymałbym się, gdybym tylko na tym opierał swoje utrzymanie. Nie szukam też aktywnie takiego sposobu na zarobek – jeżeli ktoś się do mnie zgłasza z ofertą reklamową i tematyka jego propozycji jest zgodna z moją stroną, to mogę nawiązać współpracę. No chyba, że jest coachem.

Na Zdelegalizować coaching i rozwój osobisty chcą się reklamować coache?

Tak. Wielu z nich wierzy w zasadę: „Nieważne, co mówią, ważne, aby mówili”

Chcieli ci płacić za krytykę?     

Nie wiem, czego chcieli – od razu uprzedzałem, że nie ma mowy o takiej współpracy. Ale wiele osób zarzuca mi, że monetyzuję fanpejdże poprzez pisanie książek, bo publikuję tam informacje o nich, a te strony nie mają nic wspólnego z moimi powieściami. A ja rozpocząłem swoją karierę literacką niezależnie od fanpejdży – pierwszą umowę na książkę podpisałem z wydawnictwem, które nie miało pojęcia, że prowadzę strony na Fejsie. Potem, już po podpisaniu umowy, niechcący wygadałem się przed wydawcą, a to wywołało u niego entuzjazm. Według ludzi z marketingu nazwa znanego fanpejdża na okładce zwiększa sprzedaż, dlatego Zdelegalizować coaching zostało na niej wspomiane. Same fanpejdże posłużyły mi później tylko do jej promocji. Stwierdziłem, że – skoro praktycznie na nich nie zarabiam – mogą mi się do czegoś przydać. Zwłaszcza że mam przez nie czasami także kłopoty – zdarzają się pisma przedsądowe, pozwy, bądź prośby o usunięcie z fanpejdża posta, który miał naruszać czyjeś prawa autorskie czy dobre imię. Nigdy nie wchodzę na sądową ścieżkę, aby coś komuś udowodnić – nie mam po prostu na to czasu, nerwów, siły i pieniędzy. Zwłaszcza że grożą mi w ten sposób przeważnie osoby z zapleczem prawników.

Fajnie, że w mediach wreszcie zaczął funkcjonować szacunek do porażki. To na pewno zdrowsze niż dotychczasowy kult sukcesu.

Czy czujesz, że wyśmiewanie sukcesizmu i „celebracja niepowodzeń” przestały w ostatnim czasie być czymś wstydliwym? Powstają książki o „sztuce porażki”, niemałym zainteresowaniem cieszył się film Disaster Artist, a swojego czasu na Facebooku Magazyn Porażka Kamila Fejfera zdobywał setki lajków. Niektórzy uważali, że popularność tego ostatniego projektu to efekt „mody na przegrywa”.

Doświadczenie porażki to doświadczenie pokoleniowe. Każdy z nas ją kiedyś poniósł, w mniejszym lub większym stopniu. Nawet coache powtarzają: „Nie ma sukcesu bez porażki”. To jeden z niewielu ich bonmotów, z którymi mogę się zgodzić. Fajnie, że w mediach wreszcie zaczął funkcjonować szacunek do porażki. To na pewno zdrowsze niż dotychczasowy kult sukcesu. Choć i tak mam wrażenie, że większość ludzi wciąż często myśli, że mówienie o niepowodzeniach i wyśmiewanie wszechobecnych gadek motywacyjnych to jakiś rodzaj zniechęcania innych do działania. 

Coaching i przemowy motywacyjne bazują na komunałach i jednocześnie sprzedają komuś złudną nadzieję, że można wszystkiego dokonać, jeśli się bardzo chce. Ale z drugiej strony, czy ty – działający w opozycji do takiego przekazu – nie masz czasem obaw, że siejesz defetyzm? Nie każdy osiągnie swój cel w życiu, ale żeby podjąć jakąkolwiek próbę, trzeba wykonać jakieś kroki. Może ty rzeczywiście zniechęcasz ludzi?

Miewam takie obawy. Ale uważam, że trzeba znać wszystkie zagrożenia i przeszkody, bo tylko w ten sposób można ich uniknąć – inaczej wpied**isz się w nie twarzą. Ten „defetyzm” służy tylko wyśmiewaniu banialuk, typu „możesz wszystko”. Nie, nie możesz. I nie mam na myśli tego, że nie możesz kupić jachtu – to być może kiedyś ci się uda. Ale nie jest prawdą, na przykład, że można zostać, kim się chce. Ja marzę, żeby żyć z pisania, ale wiem, że to się raczej nie stanie, bo znam ograniczenia tego rynku. Nie mówię przy tym, że nie warto próbować. Nie mówię też, że jeśli dzieło jest dobre, to to nie ułatwia sprawy. Chodzi mi tylko o to, aby uświadamiać ludzi, że trzeba myśleć krytycznie – ale nie pesymistycznie. Kiedy są przehajpowani lub przemotywowani, mogą robić głupie rzeczy. Na przykład inwestować całe swoje oszczędności w biznes, którego nie przemyśleli. Albo zrujnować swój związek, aby próbować stać się kimś, kim nie są. Defetyzm, o którym powiedziałeś, może wynikać też po prostu z sytuacji pokoleniowej – wiem, że moje pokolenie znalazło się w gorszym położeniu niż poprzednie. I nie zapowiada się, aby to się miało zmienić.

Twoje projekty facebookowe są często sarkastyczne, ale jednocześnie gorzkie. W dużej mierze traktują o rozterkach czy po prostu przedstawiają smutną konstatację na temat bliskiej wielu z nas rzeczywistości. Zdarza ci się otrzymywać także poważne wiadomości od fanów swoich stron?

Swojego czasu było tego bardzo dużo na Zdelegalizować coaching. Dostawałem wiadomości typu: „Mój chłopak uzależnił się od filmów motywacyjnych i wydaje na to nasze wspólne pieniądze. Czy możesz coś poradzić?”. Zupełnie nie wiem, co w takich przypadkach robić. Nie jestem psychologiem – sam nie wiem, jak mam żyć, a co dopiero radzić coś innym w tym temacie. A mamy tu do czynienia z realnym problemem – rozpada się związek i naruszony zostaje domowy budżet. Nie odpowiadam na takie poważne wiadomości – są one też jednym z powodów tego, że nie chcę profesjonalizować działalności na śmieszkowych fanpejdżach.

Czy prowadziłeś też projekty bardziej niszowe, które zniknęły w odmętach internetu, mimo że są według ciebie wartościowe i warte wspomnienia?

Tak, taki był projekt Freikorps Polen. Stworzyłem go razem z moim kolegą, Jarkiem Kubickim – zdolnym grafikiem, który odpowiadał za stronę artystyczną. Publikowaliśmy na Facebooku bardzo dobrej jakości zdjęcia, m. in. z Narodowego Archiwum Cyfrowego, przedstawiające nazistów – w trakcie na przykład rozstrzeliwania ich ofiar. Dołączaliśmy do nich dymki komiksowe z tekstami pochodzącymi z nienawistnych komentarzy kierowanych pod adresem uchodźców, które znaleźliśmy na polskim facebooku – było to w czasie szczytowego momentu kryzysu migracyjnego. Projekt dostał bana na Fejsie po 24 godzinach. Przenieśliśmy go na tumblra, gdzie działał około dwóch, trzech miesięcy. Udostępniały go media, otrzymaliśmy też propozycję wystawy. Ale jak nam powiedzieli, że mamy się tam zjawić osobiście to zrezygnowaliśmy – fala gróźb i hejtu na nas była przytłaczająca. A my przecież chcieliśmy tylko pokazać, co piszą ludzie – do jakich okrutnych komentarzy są zdolni. Mieliśmy nadzieję, że to wywoła jakąś refleksję u tych osób, których wypowiedzi znalazły się na zdjęciach. Tak się niestety nie stało.   

Starałem się pokazać życie człowieka w matni. To oznaka pewnego rodzaju przesilenia pokoleniowego – to ono powoduje, że ludzie nie mają celu w życiu, dlatego nic nie robią.

W swojej pierwszej powieści, Wszyscy ludzie, których znam, są chorzy psychicznie używasz „memowego” języka, a całość jest nielinearna. Czy to świadoma koncepcja czy efekt fejsbukowych przyzwyczajeń?

To nie jest język „memowy” czy „sieciowy” – to język współczesny. Tak dzisiaj mówimy – sposób, w jaki porozumiewamy się w sieci, przenika do naszej mowy. To był świadomy zabieg. Część z nas prowadzi jakąś narrację na Facebooku i ona nigdy nie jest linearna. To są jakieś historie z życia, czasami wydające się od czapy, łączone wyłącznie choćby jakimś „hasłem” czy motywem – tak miało być też w tej książce. Absurdalne sytuacje przedstawione w formie pewnego rodzaju skeczy. Z całą skromnością – nie porównując się – to wszystko jest zainspirowane tym, jak jest skonstruowany Paragraf 22. „Powieść bez fabuły” – tak brzmiały recenzje, kiedy książka Hellera się ukazała. Spotkała się z miażdżącą krytyką. A wydawca ponoć złożył ją z 24 różnych maszynopisów, które Heller mu dostarczył. To był swego rodzaju chaos, ale tak to miało wyglądać. Chodziło o przedstawienie absurdalnych sytuacji związanych z tytułowym paragrafem 22. Słyszałem też zarzuty, że mojego bohatera nie da się lubić. A on nie jest po to, aby ktoś go lubił! To miała być satyra – ja też go nie lubię. Starałem się pokazać życie człowieka w matni – chodzi do pracy, ale nie chce do niej chodzić. W jego życiu nic się nie poprawia – niezależnie od tego, czy bardzo chce coś robić. Nie starcza mu czasu, pieniędzy, jakichkolwiek środków. A to też oznaka pewnego rodzaju przesilenia pokoleniowego – to ono powoduje, że ludzie nie mają celu w życiu, dlatego nic nie robią. Jeszcze inny zarzut dotyczący mojej powieści – mój kolega – dodam, że obaj mamy ponad 30 lat – powiedział mi kiedyś, że znajdujący się w niej wątek miłosny jest „urwany z dupy”, bo zostaje nagle „wygaszony”. Z kolei historie miłosne mojego innego kolegi, który ma 20-kilka lat, właśnie wyglądają tak, jak w książce – umawiał się z dziewczyną kilka razy, a potem po prostu przestali się do siebie odzywać. My – ludzie po trzydziestce – w życiu byśmy tak nie zrobili, ale dla trochę młodszych osób wspomniana sytuacja bywa zupełnie normalna.

A co z tym sarkazmem odnośnie wielkomiejskiego stylu życia, który przewija się przez całą powieść? Naśmiewanie się z weganizmu, crossfitu. To wszystko czasami brzmi, jakbyś naprawdę tym gardził.

To trochę autopogarda. Sam staram się być wegetarianinem, ale jak widzisz średnio mi to wychodzi (Krystian na miejsce naszego spotkania wybrał kebab – przyp. red.). Choć bardzo bym chciał. Na razie udało mi się po prostu mocno ograniczyć spożywanie mięsa. 

Chodzi więc może o krytykę powierzchowności?  

Wiem, że wegetarianizm jest słuszny ideologicznie i ekologicznie. Rozumiem to. Nie lubię tylko, gdy ktoś epatuje zabijanymi krówkami. Szafuje tym pojęciem. Wtedy od razu mam ochotę zjeść burgera. Tak samo crossfit – świetny system treningowy, przynosi znakomite efekty. Ale, Boże, ludzie uprawiający go potrafią być naprawdę wku**iający! Tworzą wokół niego jakąś dziwną kulturę, hajpują się i układają całe życie pod treningi. Czasami po prostu masz tego dosyć – tylko o to mi chodziło. A nie o to, że żywię głęboką i szczerą pogardę do jakiejś grupy ludzi. Czasami sam do tej grupy należę i dzięki temu mam prawo, wydaje mi się, żeby czasami się z niej pośmiać. 

Wszyscy ludzie, których znam, są chorzy psychicznie różni się znacznie od twojej drugiej książki, Ludzie Dobrej Woli, i to nie tylko na poziomie językowym. Czy to oznacza, że debiut był eksperymentem, a swoją dalszą karierę literacką chcesz opierać na powieściach bardziej kanonicznych?

Nie – chciałbym, żeby każda moja książka była inna. Jasne, lubię, kiedy pisarz tworzy w tym samym stylu, jak np. mój ulubiony autor Philip Roth. Otwierając jego książkę, wiesz, czego się spodziewać – zawsze powtarza się wątek młodego żydowskiego chłopaka z przedmieść Nowego Jorku i jego walka z własną tożsamością. Ale ja mam ambicję, żeby za każdym razem tworzyć coś innego – dlatego teraz siedzę nad reportażem. Będzie zatytułowany Kebabistan. To historie związane z miejscami i ludźmi, także od strony pracy.
 

000 Reakcji
Rafał Krause

Pisze o muzyce, trendach i kulturze; uprawia w sieci trolling artystyczny. Autor książki poetyckiej "Pamiętnik z powstania" (2013). Teksty i wiersze publikował m.in. w NOIZZ.pl, F5, Screenagers.pl, Dwutygodnik.com.

zobacz także

zobacz playlisty