Ludzie | Zdzisław Furgał

Tye Sheridan: Wszystko jest zbyt łatwo dostępne
09.11.2018

Tye Sheridan w filmie „Friday's Child”

Tye Sheridan ma zaledwie 22 lata, ale już zdążył wystąpić m.in. u Stevena Spielberga i Terrence'a Malicka. Znamy go zarówno z przejmujących dramatów, jak i głośnych blockbusterów, takich jak Ready Player One czy serii X-Men. W czymkolwiek nie zagra, zawsze hipnotyzuje ciężkim spojrzeniem i imponuje aktorską dojrzałością. Wrażenie robi także lista aktorów, nierzadko kinowych legend, którym partnerował na ekranie. Spotkaliśmy się z nim we Wrocławiu na American Film Festival, gdzie można było zobaczyć dwa jego nowe filmy – Górę oraz Wolnego ducha

Oglądałem wczoraj twój nowy film, Górę. Masz tam bardzo intensywną, ale też oszczędną rolę. Od początku filmu mija sporo czasu zanim poznajemy imię bohatera i jeszcze więcej zanim usłyszymy jego głos. Czy właśnie ten minimalizm sprawił, że zgodziłeś się zagrać Andy'ego?

Tye Sheridan: Tak, zdecydowanie. Poza tym kocham pracować z Rickiem Alversonem. Zrobiłem z nim wcześniej inny film (Rozrywka – przyp. red.) i niedługo po tym dostałem od niego kolejny scenariusz. Liczył zaledwie 40 stron i tak naprawdę był tylko zarysem fabuły – osadzonej w latach 50. historii młodego chłopaka, który po stracie matki zaczyna pracować dla lekarza specjalizującego się w lobotomii. Minęły chyba ze trzy lata, zanim ruszyły zdjęcia, ale w tym czasie sporo rozmawialiśmy o tym projekcie.  

Dlaczego ta historia wydała ci się taka interesująca?

Za tym filmem stoi jakaś kosmiczna siła, która mnie porwała. Ciężko ocenić, o czym Góra tak naprawdę opowiada, ale jest niepokojąca, mocna, wypełniona ciekawą symboliką i niełatwo przyswajalna. I to było chyba od początku intencją Ricka – żeby zrobić coś niekonwencjonalnego, co zmusza widza do myślenia. Szczególnie w świecie, w którym jesteśmy przyzwyczajeni do prostego przekazu, który niosą ze sobą filmy.   

Nie chcemy, żeby ludzie wychodząc z seansu Góry mogli w łatwy sposób wytłumaczyć, o co tu chodziło. Chcemy raczej, żeby czuli się niekomfortowo.

No właśnie – po projekcji na festiwalu odpowiadałeś na pytania widzów i jeden chłopak zapytał o końcówkę.

Właśnie o tym mówię. Chciał dostać konkret, zrozumieć od razu, co właściwie zobaczył. A w przypadku Góry trzeba samemu sobie na to odpowiedzieć. W kulturze, w której żyjemy, istnieje wiele form rozrywki. I większość z nich zapewnia rozwiązania na wyciągnięcie ręki. Wszystko jest zbyt łatwo dostępne. Mówi nam się, w co mamy wierzyć. I to odnosi się także do tego, jak żyjemy, jak wchodzimy w relacje i jakimi kierujemy się standardami. Od dziecka mówi nam się, jak mamy się zachowywać, jak odróżniać dobro od zła. A w tym filmie łamiemy schemat, odrzucamy konwencję i eksplorujemy pomysły, które nie należą do najpopularniejszych. Góra ma być dla widza wyzwalającym doświadczeniem. Nie chcemy, żeby ludzie wychodząc z seansu mogli w łatwy sposób wytłumaczyć, o co tu chodziło. Chcemy raczej, żeby czuli się niekomfortowo (śmiech).

Tye Sheridan podczas panelu po projekcji „Góry” na AFF (fot. Filip Basara)
Tye Sheridan podczas panelu po projekcji „Góry” na AFF (fot. Filip Basara)

Myślisz, że przez te podane w łatwy sposób treści ludzie zapomnieli, na czym polega magia kina?

Absolutnie tak. Góra przypomina mi starsze filmy, jak np. Stalker Andrieja Tarkowskiego. Czasami oglądasz coś takiego i wydaje ci się, że narracja sunie powoli i że nic się nie dzieje. Ale potem myślisz o tym, co obejrzałeś. I wiesz, że jako całość było to niezwykle mocne. 

Nieoczywiste filmy o otwartych zakończeniach mają zazwyczaj swoich wiernych fanów. Jak np. jeden z moich ulubionych tego typu – Holy Motors Leosa Caraxa. W Górze jedną z ról zagrał gwiazdor tego filmu, Denis Lavant. Jak się z nim pracowało?

Holy Motors to genialny film. Mówiłem nawet na planie Denisowi, jak bardzo mi się podobał, ale wiesz – to specyficzny gość, który często w ogóle nie wychodzi z roli. Często coś mamrocze i robi miny. Jest szalony, ale genialny. 

Nie uważam się za profesjonalnego aktora. Tak naprawdę nie mam pojęcia, co robię.

W filmie partnerował ci też inny – nie bójmy się tego powiedzieć – kultowy aktor: Jeff Goldblum. To prawdziwy ekscentryk. W Górze był natomiast bardzo poważny, ale były ze 2-3 sceny, w których na moment stawał się typowym Golblumem – np. kiedy wygłupiał się z dziewczynami w hotelu czy tańczył w kręgielni. 

Takich scen było dużo więcej, ale nie weszły do finalnej wersji filmu. Z dziesięć razy więcej (śmiech)! Bez problemu moglibyśmy zrobić drugi film, w którym Jeff przez cały czas tańczy z dziewczynami i opowiada anegdotki. 

Na planie chyba trudno było zachować przy nim kamienną twarz. 

Tak, praca z nim to niezła zabawa. Ale to też jeden z najmilszych gości, których poznałem. Kojarzył np. imiona i nazwiska wszystkich członków ekipy, od charakteryzatorów po kierowców. Wszystkich zagadywał. Ale Rick Alverson jest podobny. Traktuje wszystkich tak samo i jeśli masz jakiś nowy pomysł, który chcesz włączyć do filmu, zawsze cię wysłucha. Ufa przeczuciu i właśnie to sprawia, że jest świetnym reżyserem. 

Scena z „Góry” (fot. Lorenzo Hagerman)
Scena z „Góry” (fot. Lorenzo Hagerman)

Na American Film Festival przyjechałeś z dwoma filmami. Oprócz Góry można zobaczyć tu Wolnego ducha AJ Edwardsa. Grasz w nim zupełnie odmienną rolę. 

Masz rację, aktorsko to coś kompletnie innego, ale zabawne jest to, że ktoś niedawno stwierdził, że Andy i Richie są w podobny sposób milczący i intensywni. Wolny duch opowiada o młodym człowieku, który opuszcza rodzinę zastępczą i rozpoczyna dorosłe życie. Było dla nas bardzo ważne, że nagłaśniamy sprawy, które mają realny wpływ na nasz kraj – szczególnie, że akcja filmu usytuowana jest w moim rodzinnym Teksasie. Zresztą to uniwersalna historia. Nie tylko w Stanach są osoby, które wychowują się bez rodziców.

Masz 22 lata, a pracowałeś już m.in. z Bradem Pittem, Nicolasem Cagem, Matthew McConaughey’em, Johnem Travoltą czy Christopherem Plummerem. Czujesz, że czegoś się od nich nauczyłeś?

Na planie staram się zawsze uczyć się od innych, nieważne, czy są to akurat Matthew McConaughey czy Brad Pitt. Ale na pewno pierwsze trzy filmy, które nakręciłem – Drzewo Życia, UciekinierJoe – bardzo na mnie wpłynęły jako aktora i były inspirujące. Gdyby nie one, pewnie nie byłbym zainteresowany kinem tak, jak teraz. Terrence Malick, Jeff Nichols i reszta gości, których wymieniłeś, zainspirowała mnie do kontynuowania rozpoczętej w dzieciństwie przygody i potraktowania filmu na serio. Choć dalej nie uważam się za profesjonalnego aktora. Tak naprawdę nie mam pojęcia, co robię. Staram się po prostu patrzeć, uczyć się, naśladować i robić to najlepiej jak potrafię (śmiech).

Zaczynałeś w bardzo młodym wieku. Ale jakoś ciężko mi nazwać cię dziecięcym aktorem – dostawałeś zawsze poważne, dramatyczne role. 

Bardzo utożsamiałem się z pierwszymi bohaterami, których grałem. Może dzięki temu te role wypadły wiarygodnie? Filmy Uciekinier czy Joe działy się na południu USA w przygranicznych miejscowościach. Mogłem odnieść je do swojego życia i dorastania w małym mieście w Teksasie, na całkowitym odludziu. To było jak powrót do mojego dzieciństwa, łatwe i przyjemne. Gdybym zaczął przygodę z aktorstwem w inny sposób, nie wiem, czy dałbym radę.

Friday’s Child | Official Teaser Trailer | Posada Pictures (2018)
000 Reakcji
Zdzisław Furgał / @zdzichoo

Sekretarz Redakcji Papaya.Rocks

zobacz także

zobacz playlisty