Ludzie | Grzegorz Borgo

Jeden spójny organizm. Premiera filmu „The Eagles of Victory”03.03.2019

The Eagles of Victory to film Wojciecha Szczerby i Michała Palikota opowiadający o drużynie Warsaw Eagles i fenomenie futbolu amerykańskiego w Polsce. Przy okazji premiery na Papaya.Rocks rozmawiamy z Kirkiem Mastromatteo, trenerem „Orłów”.
 

The Eagles of Victory - cały film

Gdy pierwszy raz zobaczyłeś ekipę filmową na treningu Orłów, ponoć chciałeś wykopać ich ze stadionu. 

Kirk Mastromatteo: Mój trening, moje zasady. Mieli ze mną trochę problemów (śmiech). Nie jestem medialną postacią, nie korzystam z nowinek technologicznych. Na wstępie powiedziałem jasno, że nie zamierzam niczego udawać przed kamerą. Dogadaliśmy się i ekipa została z nami.

Na cały rok.

Calutki sezon, aż do finału. Nie wiem, jak im się udało z tak obszernego materiału stworzyć dziewięciominutowy film. Świetna robota. 

Jesteś w Warsaw Eagles już 3 lata. W zeszłym sezonie wygraliście Super Finał PLFA – Polskiej Ligi Futbolu Amerykańskiego.

Sukcesy sukcesami, ale to już za nami. Jestem z tego bardzo dumny, ale teraz chcemy iść naprzód. Trzeba skoncentrować się na tym, co tu i teraz – codziennie powtarzam to swoim zawodnikom. Przygotowujemy się już do kolejnych rozgrywek, sezon zaczynamy w pierwszy weekend kwietnia. Dzisiejsze „Orły” to zupełnie inna drużyna. Mamy w zespole niespełna 50 zawodników, z czego połowa to nowe twarze. Zaczynamy od początku.

Planujesz powtórzyć sukces?

Planuję wygrać pierwszy mecz. To wszystko na czym koncentruję się w tym momencie. Sukces osiąga się małymi krokami, robiąc to, co w danym momencie musisz zrobić. Dzielenie skóry na niedźwiedziu nie pomaga, zwłaszcza w sporcie. 

Twoje techniki prowadzenia drużyny są kontrowersyjne, ale skuteczne. Na czym polega ich sekret?

Mogę na nich krzyczeć, mogę ich wyzywać, mogę kazać im przeorać boisko, ale na koniec treningu mówię im, że bardzo ich kocham. Prosta życiowa reguła – nigdy nie kładź się do łóżka skłócony ze swoją żoną. Ja stosuję tę zasadę także w futbolu amerykańskim. Moi zawodnicy wiedzą, że jeśli się ich czepiam, upominam, wydzieram się im prosto w twarz, to wszystko gra. Dostrzegam ich potencjał, trenuję ich, zależy mi na nich. Powinni się raczej martwić, gdy przestaję na nich krzyczeć. To znak, że odpuściłem.

Nie należysz chyba jednak do tych, co szybko odpuszczają. W 2010 r., po pięciu latach współpracy, zostałeś zwolniony z funkcji trenera Norfolk State University. Myślałeś wtedy o rezygnacji z futbolu amerykańskiego na dobre?

Wyjechałem na Karaiby i planowałem zakończyć karierę. Problem polega na tym, że jak robisz coś przez całe życie i nagle przestajesz, zaczyna ci tego cholernie brakować. Mam 48 lat i jestem trenerem od zawsze. To jedyny zawód, jaki w życiu wykonywałem. Trenowałem zawodników na poziomie college’u, licealnym, uniwersyteckim i w ligach narodowych. Ten sport jest jak magnes – przyciąga i nie chce puścić. 

Była Genewa, Belgrad, kilka miast we Włoszech, teraz Warszawa. Od 2012 r. miałeś okazję dobrze poznać Europę.

To prawda, mieszkałem w wielu miejscach, by móc robić to, co kocham. Zdecydowanie nie mam w sobie nic z turysty, nie lubię zwiedzać. Jak chcę coś zobaczyć, to prędzej to wygoogluję niż wyjdę z domu. Ale przyznaję, że tutaj podoba mi się najbardziej. Polska ma ogromny potencjał futbolowy. Mamy mnóstwo świetnych zawodników i trenerów – nie tylko zagranicznych, ale także miejscowych. Na tym powinniśmy budować swoją europejską pozycję.  

W Polsce istnieje PLFA i LFA. Po co nam dwie ligi?

Za cholerę tego nie rozumiem. Dwa lata temu nastąpił rozłam i część drużyn z Polskiej Ligii Futbolu Amerykańskiego postanowiła zawiązać własną ligę, nazywając ją LFA – Liga Futbolu Amerykańskiego. Ja nie mieszam się w rozgrywki polityczne. Jestem tu, żeby robić swoje, czyli trenować zawodników. Jednak futbolowi amerykańskiemu w Polsce najbardziej potrzebna jest jedność.

Co oznacza dla ciebie bycie dobrym trenerem?

Podchodzę do swojej pracy śmiertelnie poważnie. Buduję silne więzi z zawodnikami, ale nie przekraczając pewnych granic. Dobry trener musi być przede wszystkim dobrym menedżerem. Rozumieć życie, rozumieć sport, wiedzieć, jak je ze sobą łączyć i uczyć tego swoich zawodników. Zwłaszcza tutaj. W Ameryce zawodnicy są profesjonalistami, traktują sport jak swoje życie, jest im to wpajane od dziecka. Trenują m.in. dla pieniędzy lub stypendium. W Polsce dla 90% graczy futbol to hobby i dodatkowe zajęcie. Trzeba pamiętać, że oni mają swoje życie, pracę, studia, rodziny. W Stanach zawodnicy spędzają do 25 do 30 godzin w tygodniu trenując na boisku. My spotykamy się dwa razy w tygodniu, co daje maksymalnie 6 godzin. 

Ma to także swoje zalety. 

Oczywiście. Ci ludzie są na boisku z bardzo prozaicznego, jedynego i właściwego powodu – kochają tę grę. Nie robią tego, bo mama im kazała, bo będzie fajnie wyglądało, bo muszą utrzymać się na uniwersytecie. Wychodzą na boisko, bo to ich pasja, chcą się sprawdzić i czerpać z tego jak najwięcej frajdy. Choć czasem zdarza mi się dostać na Facebooku od któregoś z graczy wiadomość w stylu „trenerze, mam dzisiaj lekką gorączkę, chyba mnie nie będzie”. W Stanach to nie do pomyślenia, aby opuścić trening z innego powodu niż swój własny pogrzeb. Nie wolno zawieść swojego zespołu.

Najważniejszy jest duch drużyny? 

Trenowanie futbolu nie jest przyjemne. To, co przyciąga ludzi, to poczucie wspólnoty, która tworzy się w drużynie. To ona wygrywa mecze i zdobywa puchary. Futbol amerykański jest dla mnie definicją i synonimem sportu drużynowego. Każdy musi współpracować, aby zespół funkcjonował. W koszykówce np. możesz mieć jednego fenomenalnego gracza, który wygra mecz. Tutaj musisz mieć sprawnie funkcjonującą drużynę na każdym poziomie, skoordynować wiele elementów i sprawić, aby zadziałały jako jeden, spójny organizm. Można to porównać do jazdy na rowerze. Gdy przebijesz oponę, nie dojedziesz zbyt daleko, jeśli spadnie ci łańcuch – podobnie, jeśli pedał się zepsuje – nawet nie ruszysz z miejsca. Wszystkie te elementy muszą być sprawne, aby rower jechał. Podobnie jest z drużyną futbolową.

Za co warto pokochać ten sport? 

Futbol amerykański jest niczym rytuał albo ceremonia. Podkreśla to nawet charakter gry, oparty na powtarzających się wielokrotnie sekwencjach. Podobnie w trakcie treningów – zawsze wykonujemy te same czynności w identyczny sposób. Jeszcze raz i jeszcze jeden, aż dojdziemy do perfekcji. To dążenie, ten wysiłek, ta radość i duch walki jest nieporównywalna z żadnym innym doświadczeniem.
 

000 Reakcji
Grzegorz Borgo

Dziennikarz i copywriter. Uczy o mediach na Uniwersytecie Wrocławskim – wykłada m.in. dziennikarstwo multimedialne, współpracę z mediami, a także copywriting i content marketing. Współpracował m.in. z singapurską edycją magazynu Esquire, australijskim Smith Journal, czy lizbońskim magazynem TimeOut.

zobacz także

zobacz playlisty