Opinie | Łukasz Orbitowski

Łukasz Orbitowski |
O Szukalskim opowiedział mi ojciec19.01.2019

ilustracja i animacja: flacoux

Słuchajcie, kochałem Stanisława Szukalskiego nim to było modne.

Film, wypuszczony przez Netfliksa, raczej tę miłość chłodzi. To bardzo dobry, rzetelny portret artysty w jego wielkości i małości. Zaryzykowałbym nawet twierdzenie, że Szukalski był bardzo wielki i zarazem bardzo malutki. To krasnal i Guliwer zarazem. Jego prace, ich rozmach, precyzja wykonania i konsekwencja estetyki są genialne. Podziwiam też niezłomność ducha starego Szukalskiego. 

Jednocześnie, to przecież zakłamany narcyz z ego większym od Manhattanu, mitologizujący własną przeszłość ze wskazaniem na jawny antysemityzm. Ujawnia się i inna, bardziej powszechna skaza: Szukalski, we wszystkich znanych mi wypowiedziach wałkuje jeden i ten sam temat, mianowicie samego Szukalskiego i jego wstrząsającą twórczość. Nawet wydarzenia dziejowe ujmuje z tej perspektywy. Nic innego dla niego się nie liczy, nawet drugi człowiek. Ten jest tylko zwierciadłem dla mistrza.

O Szukalskim opowiedział mi ojciec, kiedy byłem nastolatkiem. Tatko nauczał rysunku na krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych (nazywał ją zresztą „Akademią Sztukniętych”, co dobrze obrazuje jego stosunek do tej uczelni). Szukalski otarł się o to miejsce przed pierwszą wojną światową, zbuntował się, odszedł ze studiów i prawem rebelianta w latach dwudziestych stworzył swój Szczep Rogate Serce, kontestujący obecne trendy w sztuce. 

Szukalski funkcjonował w ojcowskim środowisku na zasadzie dziwacznej legendy. Nikt za bardzo nie wiedział co zrobić z jego słowiańszczyzną, dziwacznymi pseudonimami i pragnieniem zawojowania świata.

Ojciec nie spotkał Szukalskiego. Urodził się w czasie wojny, krótko po tym jak Szukalski dał drapaka do Stanów. Znał jednak ludzi, którzy go znali. Szukalski funkcjonował w ojcowskim środowisku na zasadzie dziwacznej legendy. Nikt za bardzo nie wiedział co zrobić z jego słowiańszczyzną, dziwacznymi pseudonimami i pragnieniem zawojowania świata. Szukalski, chętnie przypomnę, usiłował przerobić Kraków na centrum światowej sztuki, nowy Paryż, czy coś takiego. Tato mówił o nim jak o osobliwości, trochę kpił, a trochę okazywał szacunek. Był bardzo zasadniczym człowiekiem. Fantazjujący Szukalski nie mieścił mu się w głowie.

Dzieciństwo w świecie plastyków było barwnym, kształcącym, choć nie zawsze przyjemnym doświadczeniem. Odwiedzaliśmy na przykład mieszkanie Jonasza Sterna. Stern był jednym z największych malarzy jakich wydała nasza ziemia. Kiedy go poznałem miałem może pięć lat, On przekroczył już osiemdziesiątkę i dawno wziął rozwód z higieną. Niezapomniany zapach w jego ciemnym, zapuszczonym mieszkaniu budowały również przebywające tam koty. Stern bardzo lubił malować zwierzęce kości. Rozmieszczał je precyzyjnie na płótnie i pokrywał farbą. Zerknąłem sobie przed chwilą na te obrazy. Dalej robią ogromne wrażenie, wtedy zaś podziałały na mnie piorunująco. Wyobraźcie sobie pięciolatka w ciemnym pokoju, gdzie na ścianach są kości, a po meblach skaczą sobie koty. Zaraz pomyślałem, że te koty mogą być po prostu prefabrykatem, narzędziem malarskim potrzebnym do tworzenia kolejnych obrazów i bardzo się przeraziłem. Zastanawiałem się, czy ten sympatyczny staruszek rozpruwa swoje koty i maluje ich kości. Bałem się do niego przychodzić.

Wkrótce ojciec opowiedział mi historię, po której inaczej spojrzałem na Sterna. Stern obchodził urodziny dwa razy do roku. Był Żydem i podczas wojny przeżył rozstrzelanie. Ominęła go kula i wygrzebał się spod trupów. Wówczas zrozumiałem coś bardzo ważnego: ludzie mają przeszłość, nieraz bardzo dramatyczną. To ważne odkrycie z perspektywy dziecka. Poznałem je dzięki człowiekowi, który przeżył własną śmierć, kochał koty i malował kości.

Inni koledzy taty nie byli tacy znów straszni. Tatko miał kumpla na zabój. Jeździliśmy razem na wakacje. Ten kumpel był podobno bardzo dobrym człowiekiem z wysokimi koneksjami we władzach PRL. Używał ich do wyciągania studentów z aresztów, gdzie garowali za działalność niepodległościową. Miał więc pełno zalet i jedyną wadę. Mianowicie pił na umór, od rana do wieczora. W latach osiemdziesiątych, kiedy rozgrywa się nasza opowieść alkohol można było kupić od trzynastej, więc wujo chlał co tylko mógł, ze wskazaniem na wodę zbożową. Nie gardził też płynem do spryskiwaczy. Otwór paszczowy wuja wydzielał zapach będący połączeniem apteki i rozlanej wódki, wzbogacony o wyraźną nutkę mięty. Skoro już przy alkoholu – lało się go dużo, nie zawsze najlepszej jakości. Pamiętam dobrze ojcowskie opowieści o innym wybitnym malarzu, o Jerzym Nowosielskim. Nowosielski miał tę bezcenną cechę, że alkohol nie osłabiał mu komórek mózgowych. Znaczy to tyle, że mistrz walił gorzałę i klarował mądrości, aż nieprzytomny zwalał się pod stół. Przynajmniej raz był u nas w domu, sympatyczny staruszek z czerwoną gębą trochę podobny do Świętego Mikołaja po zagładzie nuklearnej. Z ojcem zrobili dwie flaszki. W jednej zostało wódki na palec. Pan Jerzy pożegnał się, założył buty i kurtkę, wyściskał tatusia i wglądało na to, że naprawdę pójdzie. Zatrzymał się na progu, uniósł palec i wrócił, żeby dopić wódkę. Lubię ten obrazek. Jest w nim coś ckliwego – wielki artysta wraca po ostatnią kropelkę. Dzięki temu też wiem, że pijak, wpuszczony do domu nie pójdzie nim nie osuszy wszystkiego, co zostało do wypicia.

Szukalski nigdy nie zniknął. Mniej więcej w tym samym czasie, gdy kurze łby toczyły się po zakopiańskiej ziemi tego wyjątkowego artystę odkryli metalowcy.

Pamiętam też – już z lat dziewięćdziesiątych – masową egzekucję kur hodowanych przez gospodarza domu plenerowego Akademii w Zakopanem. Pijani studenci sztuk plastycznych wyłapali te biedne ptaki i urąbali im głowy, jedną po drugiej. Stało się to na pieńku przy użyciu siekiery. Nie wiem czy grono pedagogiczne, również nawalone, uczestniczyło w tym procederze. Rozumiem jednak, że opowieści o wyjątkowej wrażliwości artystów na cierpienie świata są mocno przesadzone. 

A Szukalski? Tak naprawdę nigdy nie zniknął. Mniej więcej w tym samym czasie, gdy kurze łby toczyły się po zakopiańskiej ziemi tego wyjątkowego artystę odkryli metalowcy. Stało się to na fali fascynacji pogaństwem i słowiańszczyzną, która ogarnęła miłośników tego stylu muzyki w Polsce. Prace artysty pojawiały się na okładkach zespołów (Casus Belli wykorzystali „Kopernika” na swoim debiucie), a muzycy zaczęli przyznawać się do fascynacji jego twórczością. W ten sposób pamięć o artyście zdołała przetrwać. 

I chyba o pamięć właśnie chodzi w tej dziwnej zabawie zwanej sztuką. O człowieka, który kochał koty i wygrzebał się spod ciepłych jeszcze zwłok. O dobrego pijaka. Dlatego cieszę się, że Leonadro DiCaprio w wyprodukowanym przez siebie dokumencie przypomniał Szukalskiego.

000 Reakcji
Łukasz Orbitowski

Pisarz. Autor siedmiu powieści, m.in. „Inna dusza”, „Exodus”, „Tracę ciepło”. W roku 2016 otrzymał Paszport Polityki. Dwukrotnie nominowany do nagrody Nike, raz do nagrody Miasta Gdynia. Na antenie TV Kultura prowadzi program „Dezerterzy”. Wiecznie w podróży, gubi się między miastami. Przez przyjaciół zwany Potworem. (fot.Aga Krysiuk)

zobacz także

zobacz playlisty