Opinie | Olga Drenda

Olga Drenda: Nasze rzeczy. Sweter i polar 25.12.2018

ilustracja: Martyna Friedla | animacja: Marta Kacprzak

Jest zimno, czyli pora swetrowa. Pobieżny przegląd społecznościówek wskazuje na to, że dzierganie jest znowu w modzie. Pracując nad „Duchologią polską”, dostawałam różne upominki od pomocnych ludzi – wycinki z magazynów kolorowych, wydane na kiepskim papierze poradniki z lat 80. poświęcone tajnikom dzianiny, zwłaszcza w wersji mocno kryzysowej: jak dziać z resztek, jak przerobić sweter na dwa inne nowe swetry, jak zdobić ścianę makramą.

Jeszcze w epoce Nirvany i wczesnego Heya prasa młodzieżowa radziła: nie masz fajnego swetra? Zrób sobie. Umiejętność ta (tak kiedyś, jak i dzisiaj dla mnie czarna magia, niestety) była wówczas uważana widocznie za coś, co po prostu się ma i rozumie się samo przez się. Ci, którzy mieli fundusze i potrzebę prestiżu, zaopatrywali się w sweter turecki we wzór dywanowy; ten z początku atrybut zaradnego handlarza, drobnego biznesmena (Agnieszka Osiecka pisała o nim jako o ulubionym stroju nowobogackiego), stopniowo zaczął kojarzyć się źle. W czasach gdy memy internetowe polegały na śmianiu się z konkretnych ludzi i nie brały pod uwagę ochrony wizerunku, niejeden ich bohater nosił taki właśnie sweter. Pamiętam też szereg kolegów paradujących w swetrach wojskowych, holenderskich, austriackich, które jakby się z nimi zrosły.

Im bliżej przełomu mileniów, tym zaczęło robić się bardziej syntetycznie. Jednym z objawów tej jakościowej przemiany było stopniowe wyproszenie z szaf wełny (i kożucha, atrybutu człowieka modnego w epoce Gierka) na korzyść sztucznych tkanin, zwłaszcza polaru.

Pamiętam te pierwsze egzemplarze, już nieco znoszone i kilkakrotnie prane, co nadawało tkaninie barankową fakturę, ale byłam przekonana, że tak właśnie ma to wyglądać.

Polar zawitał do Polski z odzieżą z darów zagranicznych i z pierwszymi ciucholandami. Było to wkrótce po jego narodzinach, bowiem polartec (jak brzmi jego pełna nazwa) został opatentowany przez amerykańskich inżynierów z Malden Mills w 1979 r. Jego zdolność do utrzymywania ciepła, niska chłonność wody i lekkość sprawiły, że wkrótce ten materiał i jego bliźniaczka Synchilla (tak, od „syntetycznej szynszyli!”) znalazły upodobanie wśród miłośników białego szaleństwa (zawsze marzyłam o tym, by móc użyć tego sformułowania w tekście pisanym!). Pamiętam te pierwsze egzemplarze, już nieco znoszone i kilkakrotnie prane, co nadawało tkaninie barankową fakturę, ale byłam przekonana, że tak właśnie ma to wyglądać. Polar przechodził wówczas jeszcze fazę – jako materiał typowo narciarski – intensywnych, jaskrawych kolorów jak z gumy do żucia, wzorów à la zegarki Swatcha. To był materiał nie tylko praktyczny, ale też ekscytujący, jakby z przyszłości.

Wkrótce spowszedniał. Z latami 80. zakończyła się miłość do neonowych kolorów, a zaczęła się epoka kolorów maskujących. Polar, wtedy jeszcze materiał „górski”, stawał się stopniowo elementem wyposażenia typowego studenta – fana kiepskich dowcipów i piosenki poetyckiej, niemiłosiernie fałszowanej na domówkach i w plenerze. Pasował do traperów i popisanego markerem plecaka z demobilu. A później polarowe ubrania nosili już wszyscy.

Widocznie również i polary musiały dostosować się do reszty typowych ubrań jesienno-zimowych, a te z kolei – do otaczającego krajobrazu. Jakby producenci spiskowali: skoro pogoda widocznie niedostatecznie gnębi nieszczęsnych Polaków, to jeszcze na dokładkę odziejmy ich w kolory pluchy i śniegu z błotkiem.

Miały przede wszystkim być praktyczne. I były. Lekkie i błyskawicznie schnące, zmieniły na dobre krajobraz jesienno-zimowy. Sprawiały, że praca w chłodnych warunkach robiła się bardziej znośna, zachęcały biegaczy i rowerzystów do wychodzenia zimą. Niestety, w międzyczasie zmieniła się ich kolorystyka, z palety radosnej na ponurą; dostępne w powszechnej sprzedaży burawe czernie, smętne bordo, wreszcie jedyny w swoim rodzaju brudny odcień beżo-bieli prowokowały pytania: dlaczego coś, co jest tak praktyczne, musi wyglądać, jakbyśmy nosili to za karę? Widocznie również i polary musiały dostosować się do reszty typowych ubrań jesienno-zimowych, a te z kolei – do otaczającego krajobrazu. Jakby producenci spiskowali: skoro pogoda widocznie niedostatecznie gnębi nieszczęsnych Polaków, to jeszcze na dokładkę odziejmy ich w kolory pluchy i śniegu z błotkiem. Tkanina ta stała się tak praktyczna, tak normalna, że przezroczysta; „nie gadam z tobą, bo chodzisz w polarze”, jak w piosence punkowej grupy Castet.

Oczywiście nie jest to wszystko koniec końców takie ważne. Dla mnie jest, bo nie ukrywam, jestem trochę strojnisią, ale w szerszym rozrachunku – niespecjalnie. Bohaterowie prehistorycznego mema o informatykach w stołówce okazali się po latach, gdy odkryto ich tożsamość, ludźmi, którzy wygrali życie – zrobili kariery w świecie nowych technologii. Jakby wdrożyli zasadę: niech się wstydzi ten, kto widzi – a ja sobie będę nosić mój zabawny sweter. Pamiętam pracę, w której większość kolegów i koleżanek nosiła się, zgodnie ze standardami branży kreatywnej, modnie i raczej ekstrawagancko – na ich tle wyróżniał się chłopak, który nosił nie tylko sprany polar, ale i crocsy, bo chciał czuć się wygodnie. Jego odwaga, by wyłamać się z konwenansu i być po prostu sobą, robiła na mnie wrażenie. Czasem zwykły bury polar to manifest. Jego wygląd nie jest problemem – problem owszem istnieje, ale jest zupełnie innej natury: fakt, że drobinki plastiku (polartec powstaje z wtórnie przetwarzanych tworzyw sztucznych) z materiału trafiają do wody pitnej, to znacznie poważniejsza sprawa. Wkrótce pewnie odbije się nam groźną czkawką.

Olga Drenda / @ducholozka

Autorka książek "Duchologia polska", "Wyroby" i "Czyje jest nasze życie" (wspólnie z Bartłomiejem Dobroczyńskim), dziennikarka, tłumaczka. Prowadzi stronę facebook.com/duchologia.

zobacz także

zobacz playlisty