Opinie | Olga Drenda

Olga Drenda | Możesz teraz bezpiecznie wyłączyć komputer15.04.2019

ilustracja: Martyna Friedla | animacja: Marta Kacprzak

Nigdy nie dołączę do chóru entuzjastów „prawdziwego życia”, którzy twierdzą, że aby go doświadczyć, trzeba wyłączyć komputer. Gdyby nie internet, moje życie nie wyglądałoby tak jak dziś.

Zdecydowana większość moich przyjaciół, moja miłość, moja praca – wszystko to zaczęło się online. Podobno gdzieś tam jest „prawdziwszy świat”, ale ja nie umiem grać w te klocki, przykro mi. Niektórzy czasami mówią, że gdyby nie nowe technologie, ludzie mieliby czas dla siebie i byliby bardziej skłonni do szczerych rozmów. Oczywiście, że to nieprawda; jestem przekonana, że poznaliście w życiu ludzi, którzy spędziwszy większość swojego żywota w epoce analogowej w ogóle nie mieli zwyczaju ani chęci z kimkolwiek przeprowadzać szczerych rozmów, a także takich, których relacje z bliskimi były w najlepszym wypadku powierzchowne. Wielu w tych rzekomo „lepszych czasach” nie miało wcale żadnych bliskich osób.

Ale wracając do tematu – kocham komputery. Chwilami ich nienawidzę, ale tylko czasami i troszeczkę. Interakcja z komputerem uczy nas bowiem nowych rzeczy o nas samych: na przykład generowania zasobów cierpliwości, gdy coś idzie nie tak, jak trzeba. Ja sama zdumiałam się tym, jak krótki mam lont. Albo tego, że istnieje coś takiego, jak zespół cieśni kanału nadgarstka, I że nie jest to nic miłego. Tak, wtedy zdecydowanie można przez chwilę nienawidzić komputerów. Ja czuję to jeszcze w tych momentach, kiedy sobie uświadamiam, że choć tak wiele udało mi się osiągnąć dzięki nim właśnie, właściwie całe tzw. normalne życie – to jednocześnie jestem od nich bardzo zależna.

Chyba miałam szczęście trafić jeszcze na moment, w którym aplikowanie metody „zrób to sam” było prostsze, łatwiej było sobie coś samodzielnie zbudować i naprawić, zanim producenci sprzętu zaczęli zachęcać klientów prośbą i groźbą do regularnego kupowania nowości.

Choć bardzo lubiłam komputery, długo nie miałam swojego. Ominęła mnie wojna amigowców z atarowcami, gry na kasetach, składanie własnego peceta ze zdobycznych części, demoscena, kult Dooma i Diablo. To nie tak, że żyłam w świecie technologicznej prehistorii i musiałam wszystko wydłubać sobie samodzielnie z drewna; co prawda faktycznie za znajomych z podwórka robił mi wtedy na co dzień drób, ale o wszystkim tym wiedziałam i interesowałam się z daleka, jakby z drugiej ręki. Kiedy patrzę czasami na archiwalne zdjęcia z fascynującego mnie świata mrówkowców – te duchologiczne kadry z pokojów graczy, gdzie komputer rozgościł się na meblościankowym biurku, gdzie technologia wkracza w scenerię niezmienioną od lat 80., z pluszakami i naklejkami z bananów dookoła – kiedy przypominam sobie długie kable wiszące między oknami w azbestowych ścianach, mam wrażenie, jakby to było moje życie w równoległym wymiarze. Mimo że stykałam się z nim jedynie przy okazji jakichś rzadkich odwiedzin u kolegów i koleżanek. Czytałam o grach w Secret Service, jednocześnie w ogóle nie praktykując. Trochę jak z muzyką: jako nastolatka zdecydowałam, jakie będą moje ulubione zespoły (Coil, Throbbing Gristle), zanim jeszcze kupiłam ich (trudno dostępne wówczas) płyty – tylko dlatego, że dostatecznie wielkie wrażenie zrobiły na mnie recenzje z Plastiku i Brumu. Wiedziałam też mnóstwo o różnych filmach, w ogóle ich nie oglądając, ponieważ przeczytałam Guinessa Księgę Filmu. A może wydaje się wam, że nie można interesować się starymi autami, nie mając nawet prawa jazdy? To właśnie również moja historia. 

Kiedy w końcu stałam się szczęśliwą właścicielką peceta-składaka na początku lat dwutysięcznych, rzuciłam się na wszystko łapczywie i dyletancko. Nie opanowałam w pełni żadnego przydatnego programu, nie nauczyłam się pisać kodu czy rysować, ale fascynowały mnie drobne naprawy, bebechy, dłubanina, upgradowanie, zaglądanie za interfejs. Wszystko fragmentarycznie, powierzchownie. Leopold Tyrmand powiedział kiedyś, że dyletantyzm to najwyższa forma wiedzy – bo można znać się co prawda trochę, ale jednak wszystkim. Powtarzam to sobie, chcąc się pocieszyć, gdy uświadamiam sobie, że nie jestem w niczym prawdziwym fachowcem. Chyba miałam szczęście trafić jeszcze na moment, w którym aplikowanie metody „zrób to sam” było prostsze, łatwiej było sobie coś samodzielnie zbudować i naprawić, zanim producenci sprzętu zaczęli zachęcać klientów prośbą i groźbą do regularnego kupowania nowości. To był rodzaj wiedzy, która rozchodziła się nieoficjalnymi kanałami. Można było się popisywać, blefować, rywalizować na „oczywistą wiedzę” („jak to nie wiesz jak podłączyć drugi twardy dysk?”), opowiadać fachowe żarciki („jeśli nie działa ci samochód, otwórz drzwi i zamknij jeszcze raz, może zadziała”), ale przede wszystkim polegać na sobie wzajemnie – na sobie, czyli znajomych z internetu.

Biegałam sobie jak jakiś niespodziewanie odmrożony mamut, który zatrzymał się na etapie Windowsa Millennium i nagrywarek CD-R, gdy wszyscy dookoła już błyskali jabłkami, a ja nie do końca wiedziałam, o czym mówią. 

Znów jednak wydarzył się w moim życiu dzień świstaka: po raz kolejny podobne wypadnięcie z obiegu. Zdarza mi się to regularnie: tym razem spędziłam kilka lat bez komputera osobistego, regularnie bywając za to w zabytku wczesnych lat dwutysięcznych – kawiarenkach internetowych. I tak biegałam sobie jak jakiś niespodziewanie odmrożony mamut, który zatrzymał się na etapie Windowsa Millennium i nagrywarek CD-R, gdy wszyscy dookoła już błyskali jabłkami, a ja nie do końca wiedziałam, o czym mówią. Znów wylądowałam w znajomym miejscu, gdzie wiem i umiem trochę, ale nie za dużo. Widać taki już mój los – zawsze być kilka kroków za wszystkimi. No trudno. Jestem człowiekiem pogody ducha, więc pogodziłam się z tym. Mam sprzęt, który jest niezbyt nowy i imponujący. Trudno jest mi się rozstawać z laptopami; podobnie jak obuwie, naprawiam je i wymieniam części z uporem godnym lepszej sprawy. Pracownicy serwisów są często jak moi znajomi z dawniejszych czasów, więc możemy sobie przynajmniej wspólnie pomarudzić. Czasami spotykam się z podobnymi wyznaniami, zwłaszcza z dziedziny oprogramowania; nastawiam wtedy czujnie uszu. Ktoś w czasach powszechnego streamingu z przyzwyczajenia używa Foobara. Albo nadal mają swój aktywny numer Gadu-Gadu. Albo, co najbardziej mnie wzrusza, korzystają z Soulseeka (gdzie spotkały mnie najbardziej nieoczekiwane, kosmiczne rozmowy; nigdy magia internetu nie objawiła mi się w takim stopniu, jak właśnie tam, I pewnie napiszę o tym osobny tekst). Albo ten ktoś, kto jeszcze do niedawna wysyłał swoim znajomym prehistoryczne „memy”, czyli końskiej wielkości prezentacje pełne „humorku”. Tak, to był prawdziwy, uparty, nierozmrażalny mamut, i nie mogę powiedzieć, żebym tego nie szanowała.

000 Reakcji
Olga Drenda / @ducholozka

Autorka książek "Duchologia polska", "Wyroby" i "Czyje jest nasze życie" (wspólnie z Bartłomiejem Dobroczyńskim), dziennikarka, tłumaczka. Prowadzi stronę facebook.com/duchologia.

zobacz także

zobacz playlisty