Opinie | Olga Drenda

Olga Drenda | Drobiazgi 31.01.2019

Ilustracja: Martyna Friedla Animacja: Marta Kacprzak

Znalazłam w starej torbie grzebień. Wyglądał jak typowy wyrób spółdzielniany z czasów PRL, taki cienki i z gęstymi ząbkami. Panowie w średnim wieku nosili je w kieszeniach i poprawiali sobie modne wówczas uczesania; pamiętam często widywany gest i koleiny, które w fakturze włosów zostawiał grzebień z wytłoczonym napisem AMBASADOR albo RUCH.

Nie mogę sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz zdarzyło mi się zauważyć coś podobnego, gest i rekwizyt odeszły w niepamięć – może dlatego, że w międzyczasie zmienił się gust co do męskich fryzur, z ulizanych na krótsze albo wręcz łyse. Operator grzebienia kojarzy mi się też z chusteczką wielorazowego użytku i z długopisem w kieszonce koszuli. Na takim obywatelu można było polegać na poczcie albo w punkcie totolotka, gdy akurat trzeba było coś wypisać lub zakreślić. Od razu otworzyło się w mojej głowie synestetyczne okienko ze wspomnieniami świata przedcyfrowego: groszkowa zieleń grzebieni, ręcznie odrywane skrawki papieru, na których notowano coś długopisem „Zenit”, szorstka faktura gazet, papierosowy dym i zażółcone wąsy jowialnych palaczy. 

Wraz z zakończeniem pędu miniaturyzacji podręcznej elektroniki pojawił się dylemat, jak zmieścić w kieszeni smartfona, pieniądze, klucze i inne małe dobra bez narażania się na ich utratę, tym bardziej, że modne przed laty spodnie bojówki czy zamiatacze kałuż widuje się dzisiaj rzadko.

Dzisiaj ręcznie piszemy z rzadka, pakiet analogowych narzędzi – kalendarz, książeczkę adresową, długopis, lusterko itd. zastępują telefony. Jakiś czas temu powszechnie noszono je w pokrowcach i na smyczy, tym ulubionym i nadmiarowym gadżecie reklamowym. Historia ozdabiania i personalizacji telefonów komórkowych czeka jeszcze na napisanie (pamiętacie dzwonki z Crazy Frogiem?), dość powiedzieć, że jednolitej, obłej i dosyć ciężkiej cegły, jaką stanowi mój smartfon dziś, nie sposób zawiesić na smyczy. Można natomiast opatulić go miękką obudową z wizerunkiem pandy, przyozdobić go kryształami albo założyć mu majtki. A gdzie go nosić? Wraz z zakończeniem pędu miniaturyzacji podręcznej elektroniki pojawił się dylemat, jak zmieścić w kieszeni smartfona, pieniądze, klucze i inne małe dobra bez narażania się na ich utratę, tym bardziej, że modne przed laty spodnie bojówki czy zamiatacze kałuż widuje się dzisiaj rzadko. Do tego – niewymięta paczka papierosów, która często wystawała z niejednej kieszeni, a e-papieros o aromacie wunderbauma. 

Dlaczego raz nosimy telefon w kieszeni, a innym w „nerce”? Kto zdecydował, że modne będą motywy jednorożca albo ciasteczka? Skąd kryształy wzięły się jednocześnie na telefonach i paznokciach?


Takie trendy pojawiają się znikąd i rozchodzą się błyskawicznie, stając się na krótką chwilę nową normą: dlaczego raz nosimy telefon w kieszeni, a innym w „nerce”? Kto zdecydował, że modne będą motywy jednorożca albo ciasteczka? Skąd kryształy wzięły się jednocześnie na telefonach i paznokciach? Wybór rozmaitych akcesoriów ulepszających nam życie jest coraz większy (w dziedzinie elektroniki, ale nie tylko; ktokolwiek próbował nurkować w świat makijażu, doskonale o tym wie) i nie mogę się doczekać, kiedy za kilka lat wyłoni się spośród nich kandydat na przedmiot definiujący naszą dekadę. Czy będzie to obiekt o wysokim poziomie zbędności?

To wszystko przypomina mi, że zanim w internecie powstała cała przestrzeń równoległa poświęcona modzie i urodzie, kiedy nie istniało jeszcze słowo „szafiarka”, nikt nie marzył jeszcze o streamingu z odpakowywania zakupów, funkcjonowały już blogi o podobnym charakterze, tylko że... tekstowe. Użytkownicy pisali o zawartości swojej torby albo o tym, co mają dziś na sobie (pionierskie dokonania mojej serdecznej koleżanki i niegdysiejszej sąsiadki, założycielki co-dzis-mam-na-sobie.blog.pl, zostały docenione przez badacza popkultury Marka Krajewskiego w jego leksykonie ważnych zjawisk, o czym autorka dowiedziała się lata później). Te prehistoryczne blogi, bardzo „rzemieślnicze”, miały się trochę jak gry tekstowe typu MUD do World of Warcraft. W założeniu były przewrotną praktyką, żartem z reklamy i wpływowej kolorowej prasy, która sprawowała wtedy rząd dusz – w torbach można było znaleźć literki-magnesy, z których dało się układać przekleństwa, „stylizacje dnia” pochodziły z supermarketów i lumpeksów. Ale mimo to i tak znajdowali się czytelnicy-purytanie, którzy wpisywali płomienne kazania do księgi gości, besztając autorki za rzekomą próżność, zupełnie tak, jak to się dzieje współcześnie. Dzisiaj widujemy podobne treści, ale starannie wyreżyserowane – przedmioty pokazane na ładnych fotografiach, a zawartość torebki – celowo „analogowa”: notesy i długopisy, aparaty fotograficzne, raczej książka niż tablet, no i oczywiście zero śmieci. 

A w moich kieszeniach? W moich kieszeniach zwykle mieszkają zużyte bilety z różnych miejscowości, monety o niskich nominałach (w tym specjalna szczęśliwa złotówka; nie jestem przesądna, ale przecież nie zaszkodzi), czasami papierki po cukierkach, próbki perfum, figurka królika albo Pikachu – prezent od kolegi ze strony Dzieci Neo, wreszcie – małe składane wielofunkcyjne kombinerki, które co prawda raz uruchomiły alarm w muzeum, ale przydały mi się kilka razy w podróżnych tarapatach. Jak głosiło pewne stare graffiti – „everybody kombinerki”.

Olga Drenda / @ducholozka

Autorka książek "Duchologia polska", "Wyroby" i "Czyje jest nasze życie" (wspólnie z Bartłomiejem Dobroczyńskim), dziennikarka, tłumaczka. Prowadzi stronę facebook.com/duchologia.

zobacz także

zobacz playlisty